Po skończonym remoncie, a przed kolejnymi zamówieniami zrobiłam sobie dzień lenia...
Nawet sobie nie wyobrażacie jak ON mnie cieszył!
Taki LEŃ od czasu do czasu wskazany bardziej niż najlepsze zakupy na wyprzedaży.
Serio!!!
Pozbyłam się tony kurzu, kilogramy zaprawy, litry farby... i zrobiłam sobie małą odskocznie na balkonie...
Ze słodkościami... a co!
Kto bogatemu zabroni???
Słodkie to moja pieta Achillesowa!
Nie ma u mnie kawy bez słodkiego...
No bo jak tu się oprzeć takiemu CZEMUŚ???
A po tym, co wycierpiałam podczas tego całego remontowego bałaganu... stwierdziłam, że mi się należy...
W momencie kiedy moi mężczyźni (czyt. Zuzkowy dziadek i Pan Mąż) robili totalną rozpierduchę w naszym małym M, ja zabrałam się za malowanie starej wagi. Dostałam ją od Madelinki w zeszłym roku, a, że nie miałam ani czasu, ani pomysłu na nią to czekała cały rok na swoje miejsce.
W końcu się doczekała!
Trafiła na parapet na balkonie, tak mi jakoś tam pasuje.
Postawiłam na niej co miałam i...
... cieszę się, że ją dostałam!!!!
Ilonko - jeszcze raz dziękuję!




